Odpowiedz
LM
Dziś widzimy, jakie nastąpiło zdziczenie: chłopiec chłopca zabija, dziewczynka dziewczynkę karze, więzi, ubliża jej. W szkole wulgarne słownictwo jest na porządku dziennym; nie tylko na korytarzu, ale i na lekcji w stosunku do nauczyciela. I to wszystko uchodzi bezkarnie - oburza się Maksymilian Dunst, wieloletni dyrektor pedagogiczny Liceum Morskiego.

W tej szkole obowiązywała dyscyplina i szacunek dla przełożonych. Teraz ci co pływają, są chlubą Polskiej Marynarki Handlowej. Czy więc obiecana przez ministra gospodarki morskiej średnia szkoła morska w Szczecinie będzie podobna do tamtej?

Historia liceum zaczęła się w 1973 r. Miało ono zapewnić kadry dla rozwijającej się floty PŻM. Placówkę utrzymywał szczeciński armator. Siedzibą była przebudowana do tego celu baza rybacka "Kaszuby", na której burtach pojawiła się nowa nazwa - "Kapitan. K. Maciejewicz". Zacumowana przy Wałach Chrobrego w Szczecinie jednostka była wszystkim - szkołą z salami lekcyjnymi i warsztatami, stołówką, internatem, a także miejscem gdzie, uczniowie spędzali czas po zajęciach. Takie koszary na wodzie, które ze światem łączył trap i cumy. Skoszarowani byli wszyscy bez wyjątku, również ci ze Szczecina.

Oswajanie z wodą

- Przed przyjęciem do szkoły byliśmy dokładnie przebadani, był też psychotest. Wiele osób odpadło. Potem była "kandydatka", która śni mi się po nocach do dziś - wspomina Robert Stankiewicz, absolwent Liceum Morskiego. "Kandydatka" trwała ok. miesiąca w Trzebieży. Kładziono tam nacisk na żeglarstwo, ćwiczenia na szalupach i musztrę.

- Dlaczego żeglarstwo i szalupowanie? Bo na morzu zdarzają się przypadki, że trzeba po mantale (lina z węzłami) zejść w trudnych warunkach do szalupy na wodzie.
Co jakiś czas robiło się więc obowiązkowy alarm szalupowy - wspomina kpt. ż.w. Andrzej Huza, jeden z założycieli (głównym organizatorem był kpt. ż.w. Zbigniew Szymański) i pierwszy komendant statku i dyrektor naczelny LM.

Kapitan tłumaczy, że wyćwiczone kadry były na pokładzie niezbędne, bo w tamtym czasie do pływania brano ludzi z ulicy, a potem nie potrafili się posługiwać wiosłem. Tymczasem licealiści byli mistrzami Polski w szalupowaniu.

Na pierwszy rok zgłosiło się ok. 600 chętnych, przyjęto 120, ukończyło 64 - połowa.

- Ja kandydatom mówiłem: wylatuje się za trzy rzeczy - alkohol, bójki i kradzież - mówi kpt. Huza.
- Odsiew był może dlatego, że zbytnio nie wtrącało się kuratorium. Bo jedną z głupich rzeczy, których do dzisiaj nie mogę zrozumieć, jest tzw. sprawność nauczania. A ja uważam, że jak się ktoś nie nadaje, to się mu dziękuje - dodaje bez ogródek pierwszy komendant liceum.
Dyrektor Dunst wspomina, że jedna trzecia uczniów, która przychodziła do Liceum Morskiego, nie umiała pływać: - I myśmy ich nie przekreślali. Bo naszym zadaniem było, aby w ciągu kilku lat nauki posiedli tę umiejętność. W efekcie byliśmy jedyną szkołą, w której ostatnie roczniki zdobywały żółty czepek.
- Za moich czasów - a przypuszczam, że to było kontynuowane - każdy uczeń musiał mieć stopień żeglarza. Była też bardzo ciekawa inicjatywa bosmana (Zygmunta Spychalskiego - red.), który był wytrawnym żeglarzem i dobrym majsterkowiczem: uruchomiliśmy na "Maciejewiczu" budowę małych jachtów z laminatu - wspomina kapitan.

Dyscyplina i Piratem

Po co w szkole taka dyscyplina?! - "Bo warunki pracy na morzu są zgoła inne jak na lądzie, więc trzeba ludzi przygotować. Oni muszą podlegać dyscyplinie dlatego, że na statku nie ma możliwości zwolnienia jednego i zatrudnienia na jego miejsce innego marynarza" - tłumaczy kapitan.

Niełatwo czasami było utrzymać młodzież w ryzach. Zdarzało się, że kilku uczniów zakładało nieformalne grupy. - Pamiętam, że zrobili sobie jakąś taką "mafię". Nazwali się Pirates i mieli wytatuowane mewki. Całe to towarzystwo miało powiązania z szumowinami w mieście. I prawdę mówiąc, rozbiliśmy to zupełnie. Ukarałem tylko jednego. I okazało się, że słusznie, bo z niego był potem bardzo dobry marynarz, następnie bosman, chwalili go. A pozostałych Pirates wyrzuciliśmy - wspomina kpt. Huza. Po chwili dorzuca: - Nie można powiedzieć, że się tych chłopaków w jakiś sposób sekowało. Oczywiście, jak zbroił coś poważnego, to stawał do raportu. Nie zawsze to się kończyło wyrzuceniem. Na ogół padało: "odrobisz 20 godzin karnych u bosmana i w porządku". Dziś jest to nie do pomyślenia - jakże, karać pracą!?

Robert Stankiewicz: - Bardzo bolesne było ukaranie BW - "bez wyjścia". Bo jeżeli mogliśmy opuścić statek trzy razy w tygodniu i dostało się BW na dwa tygodnie, to mogliśmy podziwiać Szczecin i Wały Chrobrego z burty statku.

To być może wstęp do pełnej izolacji, na morzu, gdzie człowiek się zmienia. Problem rozumiało kierownictwo szkoły: - Uważałem, że uczniowie muszą mieć jakieś zainteresowania. Chodziło o to, żeby już w szkole popchnąć każdego ku jakiemuś hobby; niech on tam zbiera znaczki, interesuje się muzyką. Bo każdy na morzu tępieje. Izolacja od lądu sprawia, że niektórzy nie wytrzymują stresu. Stale te same twarze i nic więcej - tłumaczy kpt. Huza. W efekcie, jak mówi dyr. Dunst, w liceum było aż 17 kół zainteresowań.

Mundur i bandera

Mundur był święty. - Drażni mnie dzisiaj, jak widzę w mieście studentów Akademii Morskiej w mundurach i z rozpiętą kurtką, a do tego bez czapki. Jeżeli chodzisz w mundurze, to musisz wyglądać odpowiednio - tłumaczy kapitan.

Z początku, jako komendant LM, miał taki zwyczaj, że jak kogoś złapał bez czapki, to uczeń za nią płacił. - Później musiałem zrezygnować, bo były straszne protesty rodziców - mówi.
Magia munduru sprawiała, że gdy zbliżały się studniówki czy bale maturalne licealiści z "Maciejewicza" byli zapraszani, bo jak mówi dyr. Dunst, "oni w tych mundurach świetnie się prezentowali", szczególnie na defiladach.
- Wpajano nam również patriotyzm i szacunek dla bandery. Zawsze mam przed oczami jak wchodząc na "Maciejewicza", muszę oddać honory banderze - wspomina R. Stankiewicz.

W trzeciej klasie program nauczania realizowano na statkach PŻM, podczas morskiej praktyki. Między innymi dlatego, że na "Maciejewiczu" było za mało miejsc noclegowych. - Gdy WSM dostała swoją jednostkę, powstała koncepcja, żeby naszych uczniów okrętować na motorowcach "Chemik", "Hutnik", "Transportowiec", które zwolnili studenci - wspomina M. Dunst. W efekcie przez 10 miesięcy z uczniami pływali nauczyciele, polonista i matematyk-fizyk. Przedmioty zawodowe prowadzili oficerowie floty, język angielski albo kapitan, albo ochmistrz. - To była doskonała praktyka. Potem uczniowie otrzymywali świadectwo "obojniaków", czyli marynarza-motorzysty. Z takim dokumentem mogli mustrować na każdy statek, bo byli uniwersalni.

W Policach i w przyszłości...

W 1982 r. m.in. z powodu wysokich kosztów utrzymania leciwej siedziby liceum na statku, szkołę przeniesiono do budynku po samochodówce w Policach (szkołę zlikwidowano w 1985 r.). Mimo że z budynku można było łatwo się urwać, dyscyplina przetrwała. A przecież już wtedy były dni wagarowicza w pierwszy dzień wiosny. Na "Maciejewiczu" było to nie do pomyślenia, w Policach też. - Chłopcy wiedzieli: wyjście na wagary, to pożegnanie się ze szkołą - mówi była dyrekcja. - Żaden się nie odważył, gdy przychodzili uczniowie z innych szkół średnich w Policach i wołali: "chodźcie z nami".

Jaka miałaby być nowa średnia szkoła morska w Szczecinie, której powstanie jeszcze w tym roku zapowiedział kilka tygodni temu minister gospodarki morskiej? - Na pewno trzeba by było bardziej pomóc pierwszemu rocznikowi, bo dla tych młodych ludzi to trudny okres przechodzenia z bezstresowego wychowania w rodzinie pod rygor i regulamin - uważa M. Dunst.

Autor: Marek Klasa /Kurier Szczeciński

ProfilOdpowiedz Cytuj 
Na pewno pierwsze miejsce powinna zając edukacja tak, aby uczniowie mieli możliwość zdobycia odpowiedniego dla dzisiejszej marynarki poziomu wiedzy. Uczniowie muszą mieć chęć do nauki tego zawodu i robić to odpowiedzialnie i z pasją.
W tamtych czasach było trochę inaczej. Nie spotkałem zbyt wielu uczniów, którzy lubili się uczyć. Nastawienie było takie, że aby tylko dobrnąć do trzeciego roku i praktyki morskiej.
Nawet, jeśli co niektórzy otrzymywali ogólnie dobre oceny, to i tak w sposób oparty na zasadzie "wykuj i zapomnij". Oczywiście znalazło się kilku pasjonatów np. żeglarstwa, ale trzeba pamiętać, że spora część uczniów pochodziło z głębi kraju, gdzie jedynymi napotkanymi "żaglówkami" były jednoosobowe "Maki" na pobliskim sztucznym zalewie tak, jak było u mnie na Lubelszczyźnie w tamtych latach.
Dla mnie chęć przebicia się przez Żelazną Kurtynę i podróżowania była jedynym celem do osiągnięcia w tamtej szkole.
Zaślepiony perspektywą okrycia "Zachodu" nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak odpowiedzialna jest praca marynarza, do której to potrzebna jest spora wiedza.

Jeżeli chodzi o musztrę i rygor panujący wtedy w LM, to z pewnością były one niezbędne chociażby dla zapewnienia odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa w internacie, ale głównie w przyszłym zawodzie, w którym to załoga polega na kompetencji jednostki i vice versa.
Przykładem byłby tutaj pożar Maciejewicza na początku lat osiemdziesiątych, kiedy to pomimo sporego ognia nikt nie doznał obrażeń właśnie dzięki rutynowym alarmom pożarowym i dobrej organizacji wpajanej w uczniów od dnia egzaminów kwalifikacyjnych, poprzez obóz kandydacki i dalsze lata pobytu na Maćku.
Ci praktykanci, którzy byli na "Chemiku" podczas zderzenia na morzu z innym statkiem (chyba w 1980 roku) na pewno zgodzą się z powyższym.
Moim zdaniem takie zasady powinny być także fundamentami i tej nowej szkoły.
Potrzebny jest jednak czynnik ludzki, którego wtedy brakowało za równo od strony kadry, jak i uczniów. Różnego rodzaju "ścigania", gnębienia słabszych, wywyższanie się tak powszechne wtedy na Maciejewiczu na przykład powodowało niechęć do nauki i brak pełnego zainteresowania zawodem.





Ostatnio edytowany: 17-02-2016, 13:45
ProfilOdpowiedz Cytuj 
Język:
Idź do forum:
Autor skryptu: Global.